30 12/15
22:59

Weissmis 4023 m n.p.m.

Co powiesz na 4 rano. Wydaję mi się że to odpowiednia godzina na wstawanie. Ale powiem Wam szczerze nie pamiętam kto kogo spytał.

Budzę się w nocy i spoglądam na księżyc a ten piernik najnormalniej w świecie szykuje się do zachodu. Alpy, pełnia i zachód księżyca toż brzmi jak kiepska komedia. Było pięknie chyba pierwszy raz w życiu miałem szansę uczestniczyć w takim zjawisku. Wychylam bardziej głowę z namiotu i spoglądam na lodowiec w nadziei, że będą już jakieś osoby podążać lodowcem w górę. Niestety nie ma nikogo. Przesuwamy pobudkę o 30 minut ale z tych trzydziestu wychodzi czterdzieści pięć. Znowu wychylam się z namiotu i znowu to samo. Nosz choleras niemożliwe aby nikt o tej porze nie szedł lodowcem na szczyt.

Zaczyna już świtać a ja ciągle gniję w namiocie. Bartek jest na zewnątrz. Rozmawiamy, że nie ma bata sami nie pójdziemy w górę i czekamy na inne zespoły. Myślę sobie, że jak nie w góry to chociaż porobię kilka zdjęć podczas wschodu słońca. Zrywam się i zakładam buty na nogi. Ale tak niechcący spoglądam na lodowiec a tam dwie osoby pałętają się po lego szczelinach. Podchodzę bliżej i widzę następny zespół, który podchodzi lodowcem. Krzyczę na Bartka że idąaaaaaaąąąą Złapałem wiatr w żagle.

Szybko stawiam wodę na gaz dodatkowo jakiś baton w międzyczasie do gęby wkładam. Wczorajszy litr soku nie pomógł mi w nawodnieniu. Zanim go połknę już woda syczy i jest gotowa aby ją zasypać kaszką manną z owsianką. Tak to moje nowe odkrycie połączenie to wraz z innym badziewiem w postaci mieszanki orzechów z daktylami i rodzynkami jest moim najbardziej smakowitym rozpoczęciem dnia. Uprząż już ubrana natomiast raki przypinam do plecaka. Czekan w rękę a lina na plecak i zaczynam schodzić na czoło lodowca. Nie mamy daleko bo śpimy może z 100 metrów od niego. Jest już na tyle jasno, że nie potrzebujemy czołówek. Wiążę się liną z Bartkiem. Iście tatrzański schemat szybkiej dwójki.

Czy będziemy szybcy nie wiem ale na pewno nie będziemy gnać. Plan jest prosty pierwszy idzie Bartek a ja za nim w rytm jego tempa. Ale za nim do tego dochodzi zostajemy sami na lodowcu. Wszystkie zespoły wyszły przed nami. Nie lubię chodzić ostatni zawsze naciskam aby mieć kogoś przed sobą i kogoś z tyłu. Wydaje mi się to najbardziej bezpieczne podejście do wspinania w Alpach. Już po chwili mijamy dwa inne zespoły które wleką się niemiłosiernie. Po minięciu ich już z nogi na nogę swoim tempem zdobywamy wysokość. W końcu obserwuję jak inne zespoły przechodzą groźnie wyglądającą ścianę z serakami. A to tak se idziecie skubańce. W końcu i my podchodzimy pod trudności. A trudności nie polegają na tym, że jest pionowo i nie ma się czego chwycić tylko na tym iż mosty śnieżne są jakby zawieszone w powietrzu. Nie sposób to opisać rzeczowo jedno jest pewne wygląda to na słowo honoru jestem wytrzymały mostek.

Proszę Bartka aby tylko nie przechodził dynamicznie po nich tak aby jeszcze mi coś zostało. Druga sprawa nigdy wcześniej nikogo nie wyciągałem ze szczeliny choć jestem wyposażony w niezbędny sprzęt. Nie taki diabeł straszny jak go malują. Odcinek który miał byś strasznie pionowy istotnie był ale szło nam się zajebiście. Śnieg zmrożony nie daje powodów do obaw. No może w zejściu będzie trzeba pampers ubrać aby w galoty nie narobić. Tu asekuracyjnie informuję Bartka jak to będzie wyglądało. Ty pierwszy leciuśko na paluszkach a potem ja z przytupem. Ale za nim do tego dojdzie mamy spory kawałek do szczytu. Technika francuska tylko proszę bez durnych skojarzeń najbardziej mi odpowiada aby zdobywać wysokość. Lewa prawa lewa prawa. Motam się bo raz idę szybciej a raz wolniej. W pewnym momencie odkrywam, że pójdę tak jak Bartek czyli wkomponuję się w jego krok. I tu odkrycie powoli ale do góry słychać jeden szum jednej osoby a idą dwie istne mirakle no nie . I wcale nie wskoczyłem mu na barana. Dochodzimy do granicy gdzie cień łączy się ze słońcem. Pierwsza przerwa od początku podejścia.

Łyk zimnej wody i jeden baton na zagrychę. Za nami idą jacyś Niemcy chyba bo nie pytałem a za ciula nie rozumiałem o czym mówią. Tak na marginesie dwóch rzeczy żałuję, że się w życiu swoim nie nauczyłem języka angielskiego i tańczyć po góralsku. Wracając do Niemców ciągle idą blisko za nami. Podejście jest tak wąskie, że nie ma szans aby jeden zespół w podejściu wyprzedził inny. Dlatego postojem tym daję im szansę na wyprzedzenie nas. Ale nic z tego rozsiadają się blisko nas i dostrzegam że podejście męczy ich również a nawet może bardziej niż nas. Dobra śmigamy do góry pada komenda. Teraz już sami w podejściu idziemy lewą stroną wierzchołka. Już teraz wiem, że chyba jakiś straszny kataklizm lub zrządzenie losu może nam odebrać szczęście wejścia na wierzchołek. 200 metrów 150 metrów 100 metrów Bartek zostało 50 metrów i w końcu jesteśmy na wierzchołku.

Widoki jak sami widzicie zapierają dech w piersiach. Nie jest wietrznie za to słonecznie ale chłodno. Na wierzchołku kilka zdjęć i zaczynamy schodzić. Idę z tyłu na lewej ręce mam dwa trzy zwoje liny. Gdy podchodzimy pod widoczny most wypuszczam linę i delikatnie na sztywnej przechodzi najpierw Bartek potem ja staram się jak najszybciej opuścić to miejsce. Czy dobrze robimy nie wiem ale najważniejsze że systematycznie i w sumie taki sposób zakodowałem w głowie. W końcu dochodzimy do tego najbardziej stromego miejsca. Nie jest tak źle jak się spodziewałem, że będzie. Jest poprowadzony trawers który jakby tę pionowość wyeliminował. Mijamy mosty a raczej jeden który pozostanie mi na długo w pamięci. Jesteśmy już poza trudnościami. Jesteśmy na tyle spokojni, że postanawiam sfotografować niepozorną dziurę. Rany głęboka szczelina na jakieś 30 metrów albo i więcej.

Z głębi niej wieje straszny chłód. Zagląda też Bartek bo wiadomo że każdy prawdziwy chłop lubi zaglądać w dziury. Staramy się więcej nie kusić losu. Śnieg staje się coraz miększy ale zanim się zacznie zbrylać pod rakami my już będziemy na skałach. Udało się jesteśmy cali i szczęśliwi. Weissmies nie okazał się dla nas tak niegościnny jak Alphubel i pozwolił nam wejść na swoją głowę. Cała tura zajęła nam 3 godziny i 56 minut. Toż w Tatrach są szczyty na które trzeba więcej drałować. Siadam obok namiotu i spoglądam do góry. To już naprawdę koniec. Nie muszę już niczego dźwigać do góry. Nie muszę się martwić o kolejny cel wspinania. Gdzie będę spał czy będzie woda i takie tam inne duperele. Dziś gdy siedzę wygodnie w fotelu bardzo chciałbym znowu borykać się z tymi jak dla mnie przyjemnymi problemami. Pozostaje mi tylko wszystko spakować i zejść pod stację kolejki i czekać na chłopaków, którzy zwiozą nam plecaki. Nie wiem czy Wam podziękowałem ale chciałbym to zrobić teraz. Serdeczne dzięki Majer i Boguś. Dzięki temu mogliśmy jeszcze zrealizować dwa szalone plany. Siadamy pod kolejką i czekamy.

Troszkę to trwało ale nie mam do nikogo pretensji bo przecież godzinę spotkania ustaliliśmy wspólnie. Wreszcie widzę jadą w wagoniku. Mówimy, że weszliśmy w takim a takim czasie. Chyba do końca nam na początku nie uwierzyli. Patrzą na nas z podejrzeniem. Zresztą przez cały wyjazd żartujemy sobie i śmiejemy się jeden z drugiego. Za to Was lubię nikt się nie obraża każdy do siebie podchodzi z dystansem. Zabierają nasze plecaki do wagonika i zjeżdżają w dół. Ja i Bartek ma jeszcze do pokonania pieszo 800 metrów w pionie. Musimy zejść do pośredniej stacji kolejki. I tu nie wiem co nam szczeliło do głowy ale zaczynamy biec tak najnormalniej biec tak jak się biegnie w Nowym Targu. Ja biegnę w sandałach a Bartek w ciężkich górskich butach. No gdybym stał z boku i widział coś takiego rzekł bym podupceni. Mi trasa zajmuje 30 minut natomiast Bartkowi niewiele dłużej. Cieszymy się, że już zejście jest za nami. Teraz następuję realizacja drugiego pomysłu, który wczoraj sobie wymyśliliśmy. Jak wszystko potoczy się dobrze to zjeżdżamy na hulajnogach. Nie są to jakieś małe bździny ale duże maszyny z hamulcami tarczowymi na szerokich oponach. No jazda po wertepach a potem po krętych asfaltowych ścieżkach w myśl reklamy bezcenna. Nie wiem ile nam to zajęło ale trwało to o raz za mało.

Na dole już wszyscy jesteśmy w komplecie. Pakujemy resztę bambetlów do auta i jedziemy na camping w Randa. To będzie nasza ostatnia noc. Rozbijamy namiot a każdy z nas coś gotuje. Majer z Bogusiem opowiadają jak przy pomocy magicznego bileciku odwiedzili Saas Fee. Moloch a raczej kombinat narciarski. Na campingu jest informacja, że nieopodal nas wieczorem jest festyn i ma się odbyć koncert coś koło 22:00. Idziemy trochę wcześniej odwiedzić wiejską zabawę ale niestety nie mamy grosza przy dupie i po chwili jesteśmy z powrotem na polu namiotowym. Ja całkowicie odpadam i jako pierwszy kładę się spać. Gdzieś koło 23:00 budzą mnie dźwięki muzyki. Koncert trwa w najlepsze. Słucham sobie coverów rocowych. No kurde żeby tak taki zespół na tym posranym jarmarku nowotarskim zagrał zamiast tych corocznych wyjców. Przed pierwszą w nocy nie wytrzymuję ubieram się i idę zobaczyć wokalistę o niesamowitym głosie. Zabawa trwa w najlepsze. Po drugiej w nocy koncert się kończy a ja wracam do namiotu. Na drugi dzień dzięki Bartkowi poznałem nazwę zespołu Double D. Wstajemy w dobrych nastrojach. Nie czekamy aż słońce oświetli nasze namioty. Spokojnie pakujemy się do samochodu i wyruszamy w drogę powrotną do kraju. I tak kończy się nasza przygoda z Alpami. Mam nadzieje, że nie ostatnia… cdn