31 08/14
10:40

Deja vu cz. 5

Deja vu Cz. 5

Spanie w zatłoczonych schroniskach alpejskich nie należy do przyjemności. Jest duszno gorąco i nie czym oddychać. Jako jeden ze śpiących przyczyniam się do tego stanu rzeczy. Dlatego kładąc się spać myślami już jestem przy pobudce.

O leci muzyka z Hobbita w słuchawkach dokładnie Concerning Hobbits Howard Shore.

Ustawiając zegarek na daną godzinę ciągle budzę się przed czasem. Dziś myślami jestem na Castor. Tak nie mam zwidów a tym bardziej Ty. Byłem już na tym szczycie. Dziś wejście na niego wypadło niejako od niechcenia. Czekamy na naszych kolegów którzy mają do nas dojść po południu. A jako, że pogoda jest sprzyjająca pada cel Castor tylko od schroniska Sella.

U mnie też rodzi się pomysł związany z moimi zabawkami kawowymi. Postanawiam je wynieść możliwie jak najwyżej sfotografować. Niestety warunki nie pozwoliły mi na zaparzenie na szczycie przepysznej kawki. Schodzimy do jadalni gdzie mamy spożyć śniadanie. O marności tegoż już nie będę wspominał bo mija się to z celem. Związani liną w dwójce rozpoczynamy bój o Castor.

Jest wietrznie. Co ja gadam wieje jak cholera choć jest słonecznie. Mniej więcej w połowie drogi odzywa się moje drugie ja. Po cholerę tam idziesz byłeś już na tym szczycie. Jeszcze Ci się coś stanie i będzie dupa zbita. Zatrzymuję się popijam łyk herbaty, łyk mleka skondensowanego w tubce i nie ten Manfred. Nie mam lęków znowu przyszła ochota i zapał z przed wyjazdu. Grań jest przepiękna. Wije się jak wąż. Nawisy wyglądają bardzo niebezpiecznie. Ale przecież tyle zespołów maszeruje to w jedną to w drugą stronę. Staram się nie zaprzątać sobie tym głowy. Może tylko trochę czujniej zachowuję się na niej. Po kilku godzinach w sumie od pierwszego zdjęcia po wyjściu ze schroniska jest 07:03 meldujemy się na wierzchołku o godzinie 09:30 dnia 20.08.2014 r. To co widzę ze szczytu ani w jednej nie przypomina naszego wcześniejszego wejścia gdzie byliśmy sami na szczucie. W ciul ludzi schodzi i wychodzi. Dobrze, że nie muszę maszerować w ich stronę.

Kilka zdjęć i pora wracać w dół. Im niżej tym wiatr jakby tracił na sile. Co chwile spoglądam na pobliski szczyt Liskam, który ma być jutrzejszym naszym celem. Wygląda imponująco. Moc zdjęć robię. Oglądam otoczenie. W oddali dostrzegam Paradiso na którym poległem w wejściu. Jest MB i piękna Grand Jorasses. Nie czuję już takiego podniecenia walką powoli dociera do mnie, że zbliża się już mój koniec pobytu w Alpach. Już tęsknię, już chciałbym być tutaj znowu. Mam zawsze taki żal i nie cierpię powrotów.

Dochodzimy do schroniska. Jest ciepło parzę kawkę i na werandzie schroniska odpoczywamy. W sumie to nawet nie wiem o czym mam pisać. Sielanka na całego. Po chwili dostrzegamy postać Majera, który razem z Bogdanem mieli tu dotrzeć na nocleg. A trzeba wam wiedzieć, że od ośmiu lat w Alpach nie było tak srogiej zimy. Namioty, które stały na platformach są rozłożone na śniegu. Nie są to namioty turystyczne jak naszej dwójki tylko wyprawowe. Odporne na zawieruchy. Dzisiejsza noc była wyjątkowo zimna co w połączeniu ze zmęczeniem i wyposażeniem naszej dwójki w sprzęt daje jedyny słuszny wniosek wracamy. Tak dobrze rozumujecie. Dwójka ta wyszła z dołu do naszego schroniska po niebieskiej ścieżce aby usłyszeć od nas, że w nocy był opad śniegu, że na Liskam wejście nie jest tak hop siup i że w nocy tak zmarzną, że to wszystko jest bez sensu. Tak oto rodzi się odwrót.

Nikt nie naciska no bo po co. Z mojej strony Liskam nie rodził żadnego podniecenia. To co miałem zrobić w Alpach zrobiłem w stu procentach. Dodatkowo nie czuję się najlepiej. Popełniłem kilka podstawowych błędów za które będę płacił do dnia dzisiejszego pisząc tą relację. Ten dodatkowy dzień i to wyjście mogło by być dla mnie opłakane w skutkach. Człowiek wiecznie się uczy. Majer z Bogdanem schodzą. My pozostajemy na następny nocleg w śmierdzącym schronisku do czego walnie się przyczyniam. Tak pobijam swoisty rekord nie myję się od 6 dni. Wali ode mnie jak od starego capa. Nie ukrywam, że też denerwuje mnie ta sytuacja. Brak wody w schronisku to tylko jeden z nielicznych klocków, który decyduje o naszym zejściu.

Pozostaje jeszcze jedna przyjemna chwila a więc kolacja. Jest pyszny makaron i drugie danie i jest deser.

Pozostaje tylko przespać noc na schroniskowej pryczy. Długo nie zasypiam korzystam z netu. Sprawdzam wyniki sportowe, przeglądam listy od rodziny czytam co tam w kraju słychać. Czytam artykuł o tym jak w końcu udaje się otworzyć sześciopasmową drogę do Zakopanego. Nareszcie bo bałem się że już nigdy nią nie pojadę. Mojej córki Natalii syn właśnie zdobywa K2 zimą jako pierwszy człowiek na świecie niesamowite udało mu się jest już na dole w bazie…

Kalendarium

Manfred robi pierwsze zdjęcie 07:03

Zabawki na Castorze 09:44

http://youtu.be/b4-CSBHanEs